Przejdź do głównej zawartości

Posty

Ja to mam szczęście...

Jechałam wczoraj do pracy i bardzo byłam z siebie dumna, że udało mi się zdążyć na tramwaj, który dojeżdża pod firmę na czas, a nie 5 minut później... I tak sobie jechałam zastanawiając się jaki dzień mnie czeka, aż tu nagle trzy przystanki przed końcem mojej podróży, tramwaj stanął, otworzył wszystkie drzwi i tak stał. Co się stało? A no popsuł się... Zdarza się. W ten sposób do pracy zamiast zjawić się przed czasem, dotarłam porządnie spóźniona. Na szczęście poranek miałam w miarę spokojny, a i reszta dnia jakoś zleciała. O 16:30 odłączyłam wtyczkę od komputera i pobiegłam na tramwaj do domu, bo na 19:00 zaplanowane miałam ćwiczenia. Wsiadłam w ten tramwaj, przejechaliśmy cały jeden przystanek i co, i co? No kto zgadnie? Tramwaj się popsuł! Pech jakiś czy coś :-)

Porzuceni...

Nie mogę zrozumieć skąd w ludziach tyle okrucieństwa... Czekałam dzisiaj na autobus do domu. Na tym samym przystanku stał autobus, który po drodze do Leśnicy robi sobie kilkuminutową przerwę. Nagle zauważyłam, że pod autobus podjechał samochód ze schroniska, który jeździ na interwencję. I wiedziałam już, że to co za chwilę zobaczę, nie będzie niczym przyjemnym... Pracownik schroniska wyprowadził z autobusu tego psa. Takie połączenie husky i owczarka niemieckiego. Pies po prostu piękny. I tak strasznie mi się smutno zrobiło. Bo jak można porzucić psa w autobusie??? A taki był ładny, czarny z białymi obwódkami wokół oczu. Oczy niestety miał smutne. Ale tak jakby wiedział, że teraz już nikt mu krzywdy nie zrobi. Oby tylko szybko znalazł nowy dom i właścicieli, którzy będą go kochać. Oj na złym wiecie żyjemy... :-(

Moja Walentynka :-)

Aktywnie :-)

W końcu się doczekałam i dostałam od mojej firmy kartę, dzięki której bez ograniczeń mogę teraz korzystać z siłowni, basenu, zajęć fitness i innych takich. Już w piątek, pierwszego lutego wybrałam się z koleżanką na zajęcia ze stepu. Powiem szczerze, że nie bardzo mi się podobały. Po pierwsze byłam totalnie wypompowana po pracy. Jak to zazwyczaj bywa, gdy komuś zależy wyjść o czasie, musi zostać po godzinach. I tak ja w piątek wychodziłam z biura o 18:06. Na szczęście od razu podjechał mój tramwaj i już o 18:33 byłam w windzie w drodze na moje dziewiąte piętro. Do domu wpadłam tylko po to, żeby zabrać buty, włożyć na tyłek dresy i  w przelocie wgryźć się w to, co miało być obiadem. Zajęcia zaczynały się o 19:00 i o dziwo stawiłam się na czas. Same zajęcia to natomiast sporo podskoków, obrotów, czaczy i mambo. Na koniec kilka serii brzuszków i to, co najbardziej mi odpowiadało, ćwiczenia oddechowe. Po zajęciach nie mog...

Z pamiętnika Majki

"Ostatnio przypomniałam sobie coś, co musiałam robić gdy byłam jeszcze małym kotem, a mianowicie.... ...wyparzyłam tą czerwoną wstążkę zwisająca z kuchennego krzesła... ...I postanowiłam bliżej zbadać całą tą sprawę... ... w razie gdybym z dołu nie mogła dopatrzeć się wszystkiego, wspięłam się wyżej... ... o i ściągnęłam wstążkę na podłogę... ... przypomniałam sobie nawet, jak łapie się myszki...  ... no ale przecież nie jestem już kociakiem, co to może biegać bez końca... ...chwila biegania i hyc na kanapę... ... najpierw szybki prysznic...  ... potem chwila dla paparazzi, cóż w końcu jestem gwiazdą... ... a na koniec to, co lubię najbardziej :-)

A pod stołem kot

A oto i Majka w swoim nowym łóżeczku. Pomimo małego falstartu, jakim było było obsikanie leżanki, gdy to przynieśliśmy ją ze sklepu, teraz gdy jest wyprana i ładnie pachnie, stała się dla niej miłym miejscem wypoczynku. Jako, że nasz kot większość czasu spędza na spaniu pod kuchennym stołem., teraz nie musi już leżeć na podłodze. Układa się wygodnie w łóżeczku i tyle ją widzieliśmy :-)

Biedronka

I tak zapowiadająca się miła i spokojna sobota, nie do końca była taka jaką bym sobie tego życzyła. Rano odwiozłam męża na Bielany, gdzie miał się spotkać z chłopakiem, który to już od dłuższego czasu jeździ do tej kobiety, co to leczy dotykiem. On sam ma trzy przepuchliny na kręgosłupie i ona pomaga mu na tyle, że ostatnio całkiem odstawił leki przeciwbólowe. Oczywiście nie stało się to z dnia na dzień, ale dzięki temu łatwiej nam uwierzyć, że i mężowi pomoże. To co zostawiło największy ślad na moim mężu po tej leczniczej wyprawie, to spora ilość sino-czerwonych kółek na jego plecach... Tak właśnie. Bez baniek się nie obyło. Pocieszny jest to widok, sami przyznacie :-) Gdy mąż poddawał się uzdrowicielskim obrzędom, ja w tym czasie wybrałam się na zakupy. Trudno mi o tym nie wspominać, bo na wieszaku z wyprzedażą, upatrzyłam sobie śliczny różowy żakiet. Dokładnie taki, jakiego od dłuższego czasu pragnęłam. Nie do końca wiem, dlaczego się tam znala...